Nazywam się Monika Kurdej.

Piszę dla kobiet, które potrzebują z chaosu swojego doświadczenia, pragną wydobyć radość i mądrość.

Na co dzień jestem terapeutą.


Moja pisarska historia

– Jestem Twoim Aniołem Twórczości – powiedziała młoda kobieta, w czerwonej sukience z dekoltem. Stałyśmy w ścisku, na spotkaniu networkingowym. W podziemiach jakiegoś banku. Zdawało mi się, że nadepnęłam jej na stopę – w tym tłumie, wśród tylu sunących w moją stronę rąk z wizytówkami, to było możliwe. Przeprosiłam i wtedy właśnie powiedziała, że jest moim Aniołem. Nic jej nie może dotknąć.

Zaśmiałam się, a ona do mnie, czy jej nie wierzę? No tak, bo to brzmi przecież, jak żart! Muzy istnieją, ale u wielkich twórców. Tacy malutcy, jak ja, muszą sobie radzić sami. A nawet jeśli, to ich nie widzimy w takiej realnej postaci – w sukienkach, i to z dekoltami.

– Naprawdę? – Zdziwiła się – Nigdy nie widziałaś swojego Anioła Twórczości?

– Naapraawdeę – odpowiedziałam z wahaniem. I już zastanawiałam się, o czym my tu rozmawiamy? Nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do dyskusji o aniołach. Przyszłam na spotkanie biznesowe – bo tego potrzebuje mój Gabinet. Jestem profesjonalistką. Każda rozmowa odciągająca uwagę od głównego celu nie była warta uwagi.

Namyślałam się przez chwilę i zdecydowałam się zostać – A ty widziałaś swojego Anioła Twórczości?

– Dobre pytanie – zaśmiała się – jasne, że tak. Spotykamy się codziennie, żeby pogadać o biznesie. Uniosłam brwi. To było interesujące.

– W takim razie mój Anioł jest bardzo leniwy. Nie przychodzi, nie gada ze mną. Pewno siedzi w kącie i zbiera siły, bo trochę dałam mu popalić. W ostatnich latach ciężko pracowałam i mam wrażenie, że wszystko na darmo. Pewno siedzi chłopak w kącie, z kłakami zamiast pierza i leczy swój anielski honor.

Moja rozmówczyni najwyraźniej nie tego się spodziewała. Jej twarz w jednej chwili zrobiła się purpurowa, a źrenice poszerzyły się jej nienaturalnie. Nawet ja, zapracowana i zmęczona mogłam to zauważyć. Liczne obowiązki, które pielęgnuję, żeby jakoś utrzymać się na powierzchni, nie dają mi miejsca na rozdrabnianie się.

Kobieta w czerwieni wpatruje się we mnie intensywnie, a ja czuję, że przedziera się przez gęste zasieki mojej nieświadomości. Odrywam się na chwilę od jej hipnotyzujących oczu i uszczelniam barykadę. Nie będzie mi tu grzebać w myślach, wariatka jedna. Jeden mocny oddech, intencja z prośbą, żeby przestała wysłana i … voila… jej spojrzenie złagodniało, a ja poczułam, jak mózg wraca do dawnej formy. Już nie jest jak rozlana maź lodów waniliowych we wnętrzu czaszki

– Mam nadzieję, że żartujesz – syknęła.

– Wcale nie – wiesz, ile mam roboty za sobą? A wiesz, ile jeszcze przede mną? Jeśli mam jakiegoś Anioła, który odpowiada za mój sukces, to niech się ujawni, bo mam dość tej ciągłej szarpaniny. To jest przecież niekończąca się wojna, a ja już nie mam do tego siły. Już wiem, co to znaczy, że świat stworzony jest przez mężczyzn i dla mężczyzn. Naprawdę wkurza mnie ta konieczność ciągłego wyciskania siebie, jak cytryny. Jak faceci to lubią – to proszę bardzo, ale ja nie. A muszę. Więc, jak znasz mojego Anioła, to powiedz mu, żeby się ogarniał – bo czas na niego.

– Ale przecież to ja jestem Twoim Aniołem! – powiedziała to głośno i natychmiast kilka głów z najbliższego grona odwróciło się w naszą stronę. Zdawało im się, że się przesłyszeli. Zresztą tak samo, jak ja.

– Wariatka – pomyślałam, ale w mojej głowie przetaczały się echem, dopiero co zasłyszane słowa: ja jestem Twoim Aniołem …. Ja jestem Twoim Aniołem…. Ja… Twoim… Aniołem

– Żarcik! Żarcik! – zawołałam z uśmiechem. Te dwa słowa zwykle pomagały, gdy to ja powiedziałam albo zrobiłam coś, co wprawiało ludzi w konsternację. Tym razem jednak cel był inny – sprawdzić, czy kobieta przypadkiem nie robi sobie ze mnie żartów.

Ale nie. Stała w tej swojej czerwonej kiecce i tylko dekolt coraz bardziej zachodził jej czerwienią. Ja też tak mam, gdy się zdenerwuję, więc pilnuję, żeby za często nie wkładać dekoltów. Nikt nie musi wiedzieć, jakie wrażenie robi na mnie to, co mówi albo robi. Jej wina, że się tak ubrała.

– Jaki do cholery żarcik, żarcik!? Z kim ty się na rozumy pozamieniałaś? Czy ty jesteś normalna? – tym razem to ja stanęłam jak wryta. Na takie poufałości się nie umawiałyśmy. Widzę kobietę pierwszy raz w życiu, a ona na mnie wjeżdża… I to przy ludziach?! OOOO, niedoczekanie. Zrobiłam krok do przodu, i już wyciągałam ręce, żeby złapać ją za te czarne kudły, upięte równo na głowie. Ale kobieta zrobiła krok do tyłu, potem drugi, i trzeci. Ja szłam za nią, z rękami wyciągniętymi do przodu, jak zombie. Mieliłam przy w ustach przeciągłe – Tyyyyy….

Gwar rozmów ucichł. Ludzie przyglądali się nam z zainteresowaniem. Dwie szarpiące się kobiety, to rzadki widok na spotkaniu networkingowym. Znowu poczułam, jak mój mózg zamienia się w papkę, ale tym razem nie miałam siły uszczelnić zapory. W jednej chwili zobaczyłam wszystko, czego doświadczyłam na swojej biznesowej: przegrane i wygrane oferty przetargowe, setki wysłanych CV i nieudane rozmowy o pracę, blogi, newslettery, bazy danych, trudne słowa, jak marketing i remarketing, kursy, szkolenia, webinary, notesy, zeszyty, puste i zapisane. Wszystko, co w jakikolwiek sposób dotyczyło mojego biznesu. A na koniec wielki hamulec, który… zaciągnięty… zawisł na wysokości…

Wspomnienia i doświadczenia rozpłynęły się w powietrzu. Zostało tylko ulotne wrażenie, że było tego tak dużo.

– Jesteś niesprawiedliwa – powiedziała, gdy miałyśmy za sobą, już dwie lufy czystej wódki przy barze – ty myślisz, że wszystko to, co osiągnęłaś to Twoja robota. A przecież dobrze wiesz, że przy Twoim podejściu i przy Twoim charakterze to tylko cud, że jeszcze nie umarłaś z głodu. Dobrze wiesz, że sama nie wystarałaś się o nic. Jesteś tylko prostym wyrobnikiem. Na pomysły wpadam ja – Ty masz za zadanie zadzwonić i wysłać dokumenty, potem pójść na spotkanie. Ile razy nie zrobiłaś tego, o co Cię prosiłam? Chyba z milion. A ja drepczę, jak ta głupia w Twoim interesie, zakładam te krótkie kiecki i te dekolty, żeby było łatwiej załatwiać co potrzeba. A ty się budzisz, lektura, kawa, siłownia… Przy takim stylu życia, to tylko cudu potrzeba. No i czasem mi się te cuda udaje zorganizować…


Widzisz, właśnie dlatego piszę. I dlatego pracuję nad warsztatem pisarskim. Coś większego ode mnie, prowadzi mnie za rękę właśnie tutaj, a nie gdzieś indziej. A ja nie chcę i nie mogę znowu JEJ zawieść.

A teraz śmigaj do czytania moich tekstów. Bo bez Ciebie umrą – jak to teksty 😀

Boskiego dnia <3

Monika Kurdej